Jawdocha i woda prawdy
Legenda Mój Los: opowieść literacka inspirowana ukraińskim i polskim folklorem.
Hanusia przyszła zapytać, czy ma wyjechać. Jawdocha postawiła na stole misę z wodą i talię tak starą, że karty miały miękkie rogi.
W Konotopie mówiono, że tamtejsze wiedźmy najlepiej czytały karty. Mówiono też wiele innych rzeczy: że rzeka płynie tam wolniej, bo lubi podsłuchiwać, że koguty pieją dopiero wtedy, gdy któraś z wiedźm dopije poranną herbatę, i że najstarsza z nich, Jawdocha, pamięta czasy, kiedy nikt w miasteczku nie umiał jeszcze liczyć do stu. Jawdocha śmiała się z tego ostatniego najgłośniej. „Do stu umiałam zawsze”, mówiła, poprawiając chustkę. „Tylko mi się nie chciało”.
Mieszkała na końcu ulicy, która nie miała nazwy, w chacie z niebieskimi okiennicami i krzywym kominem, z którego dym zawsze szedł trochę pod wiatr. W sieni stała dębowa beczka z deszczówką, pod oknem rosła mięta, a na stole leżała talia kart tak stara, że z ich rogów zostały miękkie łuki, jak z kamieni w rzece. Obok kart zawsze stała gliniana misa z wodą. Jawdocha mawiała, że karty mówią, co się dzieje, a woda mówi, kto pyta. Ludzie kiwali głowami i udawali, że rozumieją.
Pewnego wrześniowego wieczoru, kiedy nad ogrodami unosił się zapach dymu z liści, do drzwi zapukała Hanusia, córka kowala. Miała dziewiętnaście lat, warkocz do pasa i w ręce kopertę tak wymiętą, jakby nosiła ją w kieszeni od tygodnia. Bo nosiła. W kopercie był list z dalekiego miasta: przyjęto ją do szkoły, w której uczono malować. Hanusia malowała od dziecka, na kartkach z kalendarza, na deskach, na kamieniach z rzeki. Teraz ktoś napisał jej czarno na białym, że to ma sens.
„Mama chce, żebym została”, powiedziała Hanusia, siadając na zydlu. „Tata nic nie mówi, tylko kuje głośniej niż zwykle. A ja nie wiem. Chcę jechać, a jak pomyślę o pociągu, to mi się robi zimno w brzuchu. Niech mi pani powie: mam jechać czy nie?”. Jawdocha nie odpowiedziała. Przesunęła misę na środek stołu, kazała Hanusi trzy razy dmuchnąć na wodę, a sama potasowała karty powoli, z namaszczeniem, jakby budziła kogoś, kto smacznie śpi.
Pierwsza karta przedstawiała kogoś, kto w świetle księżyca odchodzi od ośmiu ustawionych kielichów i idzie w stronę gór. „Ósemka Kielichów”, powiedziała Jawdocha. „Ta karta nie mówi, że masz jechać. Mówi, że już poszłaś, w myślach. Kielichy stoją pełne, nic im nie brakuje, a człowiek i tak idzie, bo coś go woła zza wzgórza”. Druga karta była jasna i wesoła: girlanda z kwiatów rozpięta między czterema kijami, ludzie machający z bramy. „Czwórka Buław. Dom. Zobacz, dziecko, ten dom nie znika, kiedy się z niego wyjdzie. Brama jest otwarta w obie strony”.
Trzecia karta przedstawiała nagą kobietę pod gwiazdami, która z dwóch dzbanów wylewa wodę: jeden na ziemię, drugi do stawu. „Gwiazda”, uśmiechnęła się Jawdocha. „Nadzieja. Ale przyjrzyj się. Ona sama nalewa tę wodę. Nikt za nią nie leje”. Hanusia pochyliła się nad kartami tak nisko, że warkocz zsunął się jej z ramienia. „Czyli karty mówią, że mam jechać?”. Jawdocha westchnęła, jak wzdychają wszystkie babcie świata, kiedy wnuczka nie słucha. „Karty mówią, jak wygląda twoje serce dziś wieczorem. Jutro rano może wyglądać inaczej. A teraz zajrzyj do wody”.
Hanusia zajrzała. W wodzie drżało światło lampy, sufit z belkami i kawałek okna. I jej własna twarz, trochę rozmazana, z szeroko otwartymi oczami. Czekała, aż coś się pojawi: droga, pociąg, miasto, jakiś znak. Nic się nie pojawiło. „Widzę tylko siebie”, powiedziała w końcu, rozczarowana. „No właśnie”, odparła Jawdocha i aż klasnęła w dłonie z zadowolenia. „Woda prawdy zawsze pokazuje tego, kto pyta. Ludzie przychodzą tu po cudze twarze, po twarze narzeczonych, wrogów i przyszłości. A dostają własną. To najuczciwsza woda w całym powiecie”.
Potem Jawdocha zrobiła coś dziwnego. Wyjęła z talii jeszcze jedną kartę, nie tasując, jakby wiedziała, gdzie leży, i położyła ją obok pozostałych. Dwoje dzieci w ogrodzie, chłopiec podaje dziewczynce kielich pełen białych kwiatów. „Szóstka Kielichów. Wspomnienia, dzieciństwo, dobroć. Wczoraj wieczorem ta sama karta leżała na tym samym stole. Dla kogoś, kto siedział na tym samym zydlu i pytał, czy ma cię zatrzymać”. Hanusia zbladła, potem poczerwieniała. „Mama tu była?”. Jawdocha zrobiła minę niewiniątka. „Ja nic nie mówię. To woda gada. Woda jest okropną plotkarą”.
I opowiedziała, choć niby nic nie mówiła. Że matka Hanusi płakała nad tą kartą, a potem się śmiała. Że Jawdocha powiedziała jej to, co mówi wszystkim matkom: dzieci, którym w dzieciństwie daje się kwiaty, wracają potem z własnymi. Że matka wstała, otarła oczy rękawem i powiedziała: „Niech wybierze sama. Tylko niech nie wie, że tu byłam”. „No i nie wiesz”, zakończyła Jawdocha, mrugając. „Bo ja się nie wygadałam. Pamiętaj, gdyby ktoś pytał”.
Hanusia wracała do domu przez ciemne ogrody, a w oknie kuźni paliła się lampa. Matka siedziała przy niej z robótką, choć robótki nie było widać, bo od godziny nie zrobiła ani jednego oczka. Co było dalej, w Konotopie opowiada się różnie. Jedni mówią, że Hanusia pojechała jeszcze tej jesieni i do dziś maluje rzekę, która płynie wolniej, bo lubi słuchać. Inni, że została rok, nauczyła ojca gotować barszcz i dopiero wtedy wyjechała. Jeszcze inni, że wyjechała i wróciła, i znowu wyjechała, jak to bywa z ludźmi, którzy mają dwa domy.
Ale wszyscy zgadzają się co do jednego: wybrała sama. I dlatego żadna z tych wersji nie jest smutna. Jawdocha, kiedy ktoś ją pytał, jak było naprawdę, wzruszała ramionami i nalewała gościowi wody do misy. „Karta pokazuje drogę”, mówiła. „Woda pokazuje ciebie. A idzie się zawsze na własnych nogach. Mnie tam wszystko jedno, którą drogą pójdziesz, byleś nie stała w progu do zimy, bo mi ciepło ucieka”.
Karta pokazuje drogę, woda pokazuje ciebie, a idziesz zawsze na własnych nogach.
Karty z tej opowieści
Legenda Mój Los: opowieść literacka inspirowana ukraińskim i polskim folklorem. Postaci i wydarzenia są fikcyjne, a karty w opowieści, tak jak w całym Mój Los, służą refleksji, nie przepowiadaniu przyszłości.



