Ołeńka i wosk, który wyglądał jak mur
Legenda Mój Los: opowieść literacka inspirowana ukraińskim i polskim folklorem.
Daryna przyszła po urok na miłość. Ołeńka odmówiła, roztopiła wosk i pokazała jej coś, czego Daryna wcale nie chciała zobaczyć.
W Konotopie mówiono, że tamtejsze wiedźmy najlepiej czytały karty, ale o Ołeńce mówiono przede wszystkim, że najlepiej się śmiała. Była najmłodsza z siedmiu, miała czerwoną wstążkę we włosach, piegi aż na łokciach i rudego kota imieniem Kminek, który według niej rozumiał po polsku, po ukraińsku i trochę po łacinie. Starsze wiedźmy kręciły na nią głowami, bo potrafiła przy wróżbie zjeść pół słoika konfitury, ale wszystkie przyznawały jedno: w wosku nikt nie czytał miłości tak jak ona.
Jej izba pachniała pszczołami. Na półkach stały świece we wszystkich kolorach, od miodowego po głęboką wiśnię, w kącie suszyły się pęki lawendy, a na parapecie leżały kawałki zastygłego wosku, które Ołeńka zbierała jak inni zbierają muszelki. Był wśród nich wosk w kształcie łabędzia, wosk w kształcie czajnika i jeden, który wyglądał zupełnie jak sołtys, choć Ołeńka przysięgała, że to przypadek. Kminek spał zwykle na tym sołtysie.
W listopadowy wieczór, tuż przed andrzejkami, przyszła do niej Daryna. Weszła szybko, jakby ktoś ją gonił, i od progu powiedziała to, co ćwiczyła całą drogę: „Chcę, żeby Andrij mnie pokochał. Zrób coś. Zapłacę, ile trzeba”. Ołeńka odstawiła słoik z konfiturą. Przez chwilę patrzyła na Darynę z taką powagą, że Kminek obudził się i usiadł. „Takich rzeczy nie robię”, powiedziała spokojnie. „Ani ja, ani żadna z nas. Miłość na zamówienie jest jak chleb z gliny: pięknie wygląda na stole, a nikogo nie nakarmi”.
Daryna usiadła, jakby ktoś podciął jej nogi. „To po co tu przyszłam?”. „Żeby zobaczyć, co niesiesz w sobie”, odparła Ołeńka i już się uśmiechała, bo długo nie umiała być poważna. „Wosk nie mówi, co czuje on. Wosk mówi, co niesiesz ty. To czasem dużo ciekawsze”. Postawiła na stole miskę zimnej wody, roztopiła nad świecą kawałek jasnego wosku w starej łyżce i podała Darynie duży żelazny klucz. „Trzymaj nad wodą. Przez ucho klucza leje się wosk od zawsze, żeby wróżba wiedziała, które drzwi ma otworzyć”.
Wosk syknął w wodzie i zastygł. Ołeńka wyłowiła go palcami i położyła na dłoni. Był płaski, szeroki i kanciasty, z rzędem małych wybrzuszeń, jak cegły. Daryna jęknęła. „Mur. To mur, prawda? On mnie nie chce”. Ołeńka obracała wosk pod światło, mrużąc oczy. „Mur, owszem. Tylko ciekawe, czyj. Powiedz mi, ile razy rozmawiałaś z Andrijem na poważnie?”. Daryna otworzyła usta i zamknęła je. Rozmawiała z nim codziennie przy studni. Śmiała się z jego czapki, z tego, jak nosi wiadra, z tego, jak się czerwieni. Na poważnie nie rozmawiała z nim nigdy.
Ołeńka sięgnęła po karty. Potasowała je tak, jak tasuje się karty w karczmie, z fantazją i trzaskiem, aż Kminek zeskoczył ze stołu obrażony. Pierwszą kartą był Paź Kielichów: młodzieniec w kwiecistym kaftanie przygląda się rybce, która wychyla się z jego kielicha. „O, to ktoś nieśmiały, kto ma coś ważnego do powiedzenia i nie wie, jak zacząć. Może to on. A może ty. Często w tej karcie siedzą dwie osoby naraz i obie czekają, aż ta druga się odezwie”.
Drugą kartą była Dwójka Kielichów: dwoje ludzi stoi naprzeciw siebie i wymienia kielichy, a nad nimi unosi się skrzydlata głowa lwa. „Spotkanie”, powiedziała Ołeńka. „Ale zobacz, dziewczyno, oni stoją na równi. Nikt nikogo nie ciągnie, nikt nikogo nie czaruje. Każde przynosi swój kielich. Tak wygląda miłość, która nakarmi”. Trzecią kartą był Rycerz Kielichów, jadący powoli na białym koniu, z kielichem wyciągniętym przed siebie jak zaproszenie. „A to ktoś, kto przychodzi z sercem na dłoni. Kto nim będzie, to już twój wybór”.
Wtedy Ołeńka zrobiła sztuczkę, którą znała tylko ona. Postawiła świecę za kawałkiem wosku, tak że na bielonej ścianie pojawił się cień. I cień nie był murem. Wybrzuszenia, które w dłoni wyglądały jak cegły, na ścianie wyglądały jak przęsła, a cały kształt wyginał się łukiem. „Most”, szepnęła Daryna. „Mur i most robi się z tych samych kamieni”, powiedziała Ołeńka. „Różnica jest taka, że mur stoi w poprzek drogi, a most nad nią. Twoje żarty przy studni to są kamienie. Ułożyłaś z nich mur, żeby nikt nie zobaczył, że ci zależy. Możesz je przełożyć”.
Daryna nie poszła tego wieczoru do domu najkrótszą drogą. Poszła do studni, gdzie Andrij, jak co wieczór, nosił wodę dla matki, i powiedziała mu, bez jednego żartu, że lubi z nim rozmawiać i że chciałaby kiedyś porozmawiać dłużej. Powiedziała to bardzo cicho i bardzo szybko. Andrij postawił wiadra, czerwony jak burak, i odpowiedział, że myślał, że ona się z niego śmieje. Że od roku omija studnię o tej porze, kiedy przychodzą jej koleżanki. Że chętnie porozmawia dłużej. Na przykład zaraz.
Co było dalej, to już ich sprawa i w Konotopie nikt tego nie rozpowiada, choć wszyscy wiedzą, że latem puszczali razem wianki na rzece. Ołeńka dostała od Daryny słoik wiśniowej konfitury, a od Andrija, nie wiadomo dlaczego, nową czapkę dla Kminka, której Kminek nigdy nie założył. Kawałek wosku w kształcie mostu leży do dziś na parapecie, między łabędziem a sołtysem.
A kiedy ktoś przychodzi do Ołeńki po urok na miłość, ona zawsze odpowiada to samo: „Nikogo nie da się zmusić, żeby kochał. Ale zawsze można wybrać, żeby mówić prawdę. A potem przyjąć odpowiedź, jakakolwiek będzie. To jest najsilniejsze zaklęcie, jakie znam, i działa nawet wtedy, kiedy odpowiedź brzmi nie, bo wtedy przynajmniej przestajesz stać pod murem”. I zaraz potem proponuje konfiturę.
Nikogo nie da się zmusić do miłości, ale zawsze można wybrać szczerość i przyjąć odpowiedź.
Karty z tej opowieści
Legenda Mój Los: opowieść literacka inspirowana ukraińskim i polskim folklorem. Postaci i wydarzenia są fikcyjne, a karty w opowieści, tak jak w całym Mój Los, służą refleksji, nie przepowiadaniu przyszłości.


